| Chcę bardzo podziękować Pani Xymenie Zaniewskiej za podzielenie się ze mną dwoma pięknymi opowiadaniami o swojej babci Zofii z Dubiskich i dziadku Wojciechu Dobrzyńskim. | ![]() |
|
Zanim człowiekowi zaczyna się cokolwiek zdarzać - skądś się on bierze. Jedną z pierwszych ważnych osób w moim życiu był mój Dziadek. Kiedy obejrzałam film Jurka Antczaka "Noce i Dnie" według Marii Dąrowskiej nie wróciłam do domu ale pojechałam do telewizji żeby zamknąć się w swoim pokoju i przyjść do siebie (po prostu nie mogłam przestać płakać - chyba pierwszy raz w życiu, za tym światem, który mi przypomniał). "Noce i Dnie" są historią pewnej grupy ludzi, może nawet klasy społecznej z której pochodzę. Mój Dziadek urodził się pod Żninem, w Berlinie skończył szkołę rolniczą na praktykę pojechał na Ukrainę - tam poznał moją Babkę, ożenił się i wziął w posiadanie swoją pierwszą i ostatnią własną ziemię. Był to mały mająteczek, który Babka dostała w posagu. Nazywał się Sołowiówka. Tam urodziło im się troje dzieci. Najstarsza moja Mama, Ciotka i Wuj. Wybuchła rewolucja, na wsi zaczynało być niebezpiecznie - moja cioteczna babka - Ciocia Benisia uważająca się za przyjaciółkę swoich chłopów zginęła fatalnie. Rodzina przeniosła się do Kijowa. Czerezwyczajka nocami wyprowadzała mieszkańców szukając ukrywających się burżujów. Dziadka wyprowadzonego na dziedziniec - jakimś cudem znajomy członek komisji proletariackiej uratował go przypominając mu, że ma dokumenty drukarza. Inny obejrzał jego ręce - My tu po was wrócimy - nie były to ręce drukarza i Dziadek w nocy ruszył do Polski. Wrócił z polskim wojskiem do rodziny, której obrońcą i żywicielem była tymczasem moja Babka, która straciła nadzieję, że go kiedykolwiek zobaczy. Pobyt w Kijowie nie potrwał długo. Jednej nocy w ciągu kilku godzin zdołali zabrać się do Polski transportem wycofujacej się Armii Piłsudskiego. W poznańskim - w dobrach pod Nowym Tomyślem Dziadek zaczął pracę jako administrator i tak zaczęły się noce i dnie, które jak sądzę ukształtowały mnie przede wszystkim. Dziadek był rolnikiem, kochał swój zawód i uprawiał ziemię z zamiłowaniem wobec którego jak sądzę nie miało większego znaczenia, że ziemia którą uprawia nie należy do niego. Kiedy miałam dwa lata posadził mnie przed sobą na siodle swojego pięknego wałacha imieniem Saturn i w ten sposób zaczęła się moja edukacja, jak sądzę najważniejsza w moim zyciu. Kiedy zdołałm się utrzymać sama w siodle przesiadłam się na grubą cisawą klacz i wyruszyliśmy w codzienne objazdy pól i stadniny. Kiedy sobie to dzisiaj przypominam - musieliśmy wyglądać jak Don Kichot i Sancho Pansa. Teraz sobie uświadamiam, że była to szkoła niezwykła. Codziennie zaczynało się od kontrolowania deszczomierza, sprawdzania jak jest w polu - czy sucho czy wilgotno (laska Dziadka miała na końcu łopatkę, którą można było wzruszyć ziemię). Sprawdzaliśmy czy perz się rozplenił, czy można już przerywać buraki, czy kwietnik nie jest zachwaszczony, czy kartofle zapowiadają dobry zbiór i patrzyliśmy stale w niebo największy autorytet rolnika - czy będzie czy nie będzie padało. Kiedy sobie pomyślę, że zamiast zabaw w przedszkolu przeżywałam na co dzień prawdziwe życie wiejskiego gospodarstwa z takim przewodnikiem myślę, że miałam ogromne szczęście. Dziadek był nie tylko wspaniałym - jak się to kiedyś mówiło zawołanym rolnikiem. Był również niezwykłym człowiekiem. Bano się go ale bardzo go szanowano. Kiedyś zdarzyło się, że na skraju łąki zostawił mnie na chwilę i podszedł do grabiących siano. Postanowiłam przejechać do niego na skróty. Koń potknął się parokrotnie i nagle zapadł po brzuch. Przeraziłam się, kobyła szarpiąc się i chrapiąc grzęzła coraz głębiej. Wyciąganie konia okazało się dość skomplikowane. Przyniesiono powrozy od zwózki siana, podkopano pod koniem rowy, po chyba dwóch godzinach ubabrana w błocie klacz na trzęsących się nogach stanęła na suchym gruncie. Stałam obok właściwie martwa z przerażenia, jaką katastrofę spowodowałam i co na to powie Dziadek. Popatrzył na mnie i powiedział spokojnie - Nie mogłaś tego wiedzieć - nigdy nie przejechałaś bagna. Wychowanie nie ograniczało się jednak do praktycznej znajomości świata. Należało się hartować i wyrabiać sobie charakter. W ulewny deszcz też się jechało. W progu Babcia i Mama, że jak można brać dziecko w taką pogodę. Dziecko nie jest z cukru odpowiadał sucho Dziadek i dzięki temu poznałam wspaniałe uczucie ulewy przez którą się we dwójkę przeprawia, nieskończoną, mglistą perspektywę poznańskich buraczanych pól, błysk końskiego oka i czasem delikatne trącenie nosem, kiedy się go wyciera do sucha w stajni. Była też szkoła zachowania się - dyscypliny czy tez powściąliwości w mowie. W letnie dni jeździliśmy czasem dwukółką zwaną dokart. Powoziłam po tak zwanych latówkach czyli polnych kamienistych drogach. "Wyrżnęłam w kamień" - zauważyłam chcąc skwitować jakoś swoją nieuwagę. Wyżyna się w drewnie - w kamień się uderza - stwierdził Dziadek nie dopuszczając abym wpadła w przejściową ale czasem odrobinę męczącą manierę egzaltacji w mowie. No i nie wpadłam. Dziadek był w gruncie rzeczy moim absolutnym ideałem. Do zupełnej dorosłości wlaściwie trochę się wstydziłam, że jestem dziewczyną. Starałam się zachowywać jak by w mojej sytuacji zachowywał się Dziadek. Nauczył mnie nie stosować w stosunku do siebie rodzaju damskiej taryfy ulgowej. Prawdopodobnie temu zawdzięczam, że zrobił ze mnie coś co później zaczęło się nazywać gentlewoman. W naszych kontaktach z Dziadkiem było coś takiego czego trochę nie rozumiem - a być może się domyślam. Otóż Dziadek mówił do mnie Towarzyszu. Dlaczego ten czlowiek, który uniknął dzięki przypadkowi i ludzkiej pomocy -śmierci w kijowskiej czerezwyczajce do najbliższej osoby zwracał się tym Towarzyszu. Nie rozmawialiśmy o tym nigdy ale czasami myślę sobie, że jest taki tekst w Konarmii Babla - najpiękniejszy tekst o straszliwej nadziei zwykłego żołnierza na odmianę ludzkich losów jaką niesie komunizm. Może ten Towarzysz był wspomnieniem po nadziei ludzi, którą być może rozumiał ten poznański rolnik, który dobrze znał i praktykował prawa doli i panów i poddanych. Ze wsią pod Poznaniem Dziadek rozstał się w sporze z właścicielem majątku. Odmówił wydania pośladu zamiast pszenicy w deputacie dla robotników rolnych. Jakiś czas wisiała nad domem obawa co dalej. Dziadek dostał jednak dobrą i odpowiedzialną posadą. Z ramienia Urzędu Ziemskiego został administratorem majątków czasowo przejętych z racji zadłużema właścicieli. Trwało to krótko. Wojna która nas zastała w Poznańskiem zmiotła ten świat z powierzchni ziemi. Wojska niemieckie okrążyły Poznań i poszły na Warszawę nie wchodząc do miasta. Kto żył starał się uciec z tego domniemanego kotła. Histeria ucieczki udzieliła się i nam. Dziadek mnie zapytał - chcesz zostać czy uciekać. Miałam dwanaście lat i po prostu powiedziałam, że chcę żyć. No to zostajemy - powiedział Dziadek i pewnie dlatego przeżyliśmy wszyscy. Wejście Niemców do miasta, zakwaterowanie w naszym mieszkaniu niemieckiego generała z asystą, odkrycie że żyliśmy otoczeni niemieckimi szpiegami (mieszkanie miało część okien na koszary pułku artylerii a rzekomi studenci wynajmujący pokoje u mojej Babki zameldowali się w mundurach różnych służb niemieckich) Dziadek zniósł z zimnym, właściwie wyniosłym spokojem. Generał chodzący do toalety z rewolwerem pierwszego dnia pobytu zatrzasnął się jakby to najprościej powiedzieć w sraczu. Strzelaninę do drzwi którą próbował się ratować przerwał chłodny głos Dziadka mówiącego piękną dość stanowczą niemczyzną. - Niech pan lepiej popatrzy na zasuwkę bo może pan sobie niechcący coś odstrzelić. Mam do dzisiaj w oczach tych dwu mężczyzn - czerwony ze wstydu wściekły generał przechodzący szybko przez pokój i Dziadek - spokojne panisko z kamienną twarzą - jakby po prostu nikogo tu nie bylo. Wysiedlenie z Poznania nocą w asyście żołnierzy Werhmachtu, Kripo i tajniaków odbyło się też tak jakby ten spokojnie mówiący po niemiecku mężczyzna nie był ofiarą prześladowania a dowodził tymi ludźmi. Nie bałam się mimo że mówiło się w Poznaniu o rozstrzeliwaniu wysiedlonych i nie pozwolono nam zabrać rzeczy (bo nie będą potrzebne). W Częstochowie dokąd nas ostatecznie wywieziono i puszczono wolno zaczęło się inne życie. Ostatni etap życia mego Dziadka i ostatnia lekcja jaką od niego odebrałam. Niemieckojęzyczni Poznaniacy byli poszukiwani przez okupanta. Pośredniczyli między nimi a ludnością - przede wszystkim w sprawach organizacji gospodarki. Nie pamiętam aby opowiadano o tym jak o zdradzie. Został mi w pamięci Poznaniak - Treuchender żydowskiej fabryki. Jego historię usłyszałam z ust córki tej rodziny, żydówki którą uratował. Dziadkowi zaproponowano aby został kierownikiem punktu zbierającego tzw. obowiązkowe dostawy (rzecz prosta przymusowe). Pojechał tam - przywiózł trochę żywności wówczas cennej i powiedział, że nie będzie zabierał zboża Polakom żeby oddawać je Niemcom. Został portierem w fabryce w której nas zakwaterowano. Założyłam tam na opuszczonej działce pierwszy mój ogród. Dorabiałam przesiewaniem popiołu wyrzucanego z lokomotyw na fabrycznej bocznicy. Uzyskiwało się z tego tak zwane hasie czyli coś w rodzaju koksu, którym paliliśmy w piecu. Wracając do domu odwiedzałam go w portierni. Kiedyś kiedy już odeszłam kawałek kasztanową aleją - zawołał za mną - Buba (tak mnie nazywała rodzina ku mojej rozpaczy). - Buba - wiesz, chodzisz jak pani. Był to jeden z największych komplementów jaki usłyszałam w życiu. Umarł w 1942 roku na zawał serca. Zapamiętałam sobie, że mi się przyglądał i oceniał mnie, ta uwaga w wielu momentach w życiu pomagała mi starać się utrzymać fason. |
|
Choć to normalne - zawsze mnie trochę smuci, że rzeczy należące niegdyś do bliskich mi ludzi zyją dłużej niż oni. Nawet tak delikatne jak kłosy owsa, które moja Mama owijała złotkiem z czekoladek stoją jeszcze u mnie na kominku choć jej dawno już nie ma. Różowy szal jest już w piwnicy - trzymam go w kartonie. Nie jest tak piękny aby go nosić i nadjedzony przez mole ale chcę żeby był w domu. Ma kolor korali, długą frędzlę i jest duży jak pół koca. Nosiła go moja Babka Zofia. Byla dość tęgą kobietą miała delikatne niezbyt mocne włosy, które starannie fryzowała rurkami grzanymi na spirytusowym palniku. Do rysowania brwi używała pociętego w plasterki korka opalonego też na tym palniku. Na dzień przed śmiercią kazała sobie zrobić manicure przez przychodzącą co tydzień manicurzystkę. Odbywało się to w drewnianym domu w Otwocku, w którym wynajmowałam jej i mamie pokój z kuchnią. Nie było tam dostatnio bo trudno było dostatnio żyć na utrzymaniu studentki architektury, którą wówczas byłam, ale manicure należało do konieczności życiowych, bo trzeba było wyglądać przyzwoicie. Babka nie była kokietką - kiedyś powiedziała mi, że między nią a Dziadkiem wydarzyło się coś czego nie dało się zapomnieć. Byli jednak sobie ogromnie oddani i stworzyli dom, w którym wyrosłam bardzo szczęśliwa. Na wysiedleniu w Częstochowie po śmierci Dziadka zostałyśmy we trzy. Mama zaczęła pracować w sklepie a ja porzuciłam odsiewanie koksu jako niezbyt intratne i zaczęłam rozglądać się za czymś do czego mam więcej predyspozycji. Dostałam do roboty wańki-wstańki, papierowe torby oraz piórniki. Niemcy byli wówczas głęboko na wschodzie i funkcjonował tam jakiś rynek. Masowo szły zabawki z celuloidu - laleczki sklejane z dwu połówek z ołowianym ciężarkiem, który je stawiał pionowo, z namalowaną buzią i oczami. Malowało się je nitro lakierem. Rozwinęłam działalność. Nabyłam pistolet z kompresorem i w oparach tego wszystkiego odstawiałam tysiące lalek mojemu zleceniodawcy. Siedziałam do późna w nocy. Z cienkim papieroskiem na fotelu w kącie siedziała moja Babka. Wojna trwała długo. Pracowałam cały czas - później zaczęłam gwałtownie się uczyć - na roboty zarobkowe zostawały wieczory i noce. Wszystkie te noce towarzyszyła mi Babka i opowiadała. O Sołowiówce gdzie się urodziła (bliskie okolice Czamobyla), o jarmarkach w Winnicy, o Gruzinie, który jak wielu z nich w ucieczce przed zemstą rodową był w tym mająteczku czymś w rodzaju gwardii przybocznej, o zesłaniu Dziadka na Syberię (był jako poznaniak obywatelem niemieckim i w czasie wojny go internowano), o Syberii, że jest piękna. O mieszkaniu w Kijowie opuszczonym jak później poznański dom z walizką tylko. I nie kończące się opowieści o rewolucji. Jedna z nich zaczynała się od różowego szala. Babcia siedziała owinięta nim ze swoim papieroskiem i zaczynała jak zwykle - Wiesz Kiciuniu. Kiedy Dziadek po wizycie czerezwyczajki następnej nocy udał się do Polski, do której zresztą szedł i jechał około dwu miesięcy - ona została z trojgiem małych dzieci. Wyprzedawało się wszystko co miało w domu jakąś wartość za coraz droższą żywność. Kijów głodował, palił się, był plądrowany przez armie, które odbijały go sobie dziesiątki razy. Myślę, że było to piekło. Pewnej nocy Kijów znalazł się z powrotem w rękach białej armii. Koleją rzeczy zaczęły się pogromy Żydów uważanych za jedną ze sprawczych sił rewolucji. Nie będę do tego dodawać opisu jak to się działo, bo miały te czasy lepszych kronikarzy. Ale na schodach domu Babka usłyszała tupot i krzyk. Było w tym krzyku coś takiego, że otworzyła drzwi. Biegła młoda Żydówka z maleńkim dzieckiem na ręku. Babka zdążyła zatrzasnąć za nią drzwi, kiedy po schodach poszła seria strzałów. Babcia zapędziła kobietę z dzieckiem do łazienki i zawołała dzieci. Wsadziłam pod pachę rewolwer, owinęłam się szalem i kazałam dzieciom milczeć - opowiadała mi. Na łomotanie do drzwi podeszła i otworzyła. W progu stał pijany biały oficer z dwoma żołnierzami. -w domu ukryła się Żydówka -zameldował. -Tu nie ma nikogo poza mną i moimi dziećmi - oświadczyła Babka. Oficer chwilę się zawahał i właściwie zamierzał się wycofać kiedy w łazience zapłakało dziecko. Oficer rzucił się na przód. -Pani kłamie, ona się tu ukryła! Babka cofnęła się pół kroku zastawiając mu drogę. Z okrzykiem - Jak pan śmie zarzucać damie kłamstwo, strzelila go w pysk tak przekonywująco, że zasalutował, odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Babcię w akcji miałam okazję zobaczyć pod koniec wojny. Niemieckie wojska cofały się gwałtownie i jednej nocy opuściły Częstochowę. Weszli Rosjanie. W naszym mieszkaniu zakwaterowało się chyba dwu oficerów, dwu żołnierzy trzy dziewczyny fizylierki. Babka, wychowanka kijowskiego gimnazjum mówiła pięknie po rosyjsku. Żołnierze, których traktowała stanowczo ale życzliwie - patrzyli w nią jak w obraz. Myślę, że uosabiała im coś bliskiego. Przynosili wszystko co otrzymywali do jedzenia - amerykańskie konserwy, czekoladę, sery a Babka zbierała to wszystko i gotowała robiąc dla nich specjalnie różne rosyjskie potrawy. Epizod trwał krótko, wojsko szło na Berlin ostatniej nocy chłopcy przynieśli wódkę żeby pożegnać się przed wymarszem. Po kolacji z pokoju, w którym spali dały się słyszeć odgłosy szamotania i płacz dziewczyny. Fizylierka płacząc wyrywała się jednemu z oficerów. Na okrzyk - kładź się ścierwo bo cię zastrzelę - moja Babka zerwała się z łóżka -spałyśmy przez ścianę - wtargnęła do pokoju, zwymyślała pijanego amanta a fizylierkę zabrała do nas. Cała ta interwencja odbyła się właściwie bez protestu. Babka miała niezachwianą wiarę w pewien obowiązujący porządek na świecie i myślę, że to chyba obezwładniało jej przeciwników. Byłam do niej ogromnie przywiązana i długie lata rozumiałam się z nią lepiej niż z Mamą. Została mi po niej wzruszająca właściwie korespondencja. Jest to zeszyt z przepisami kucharskimi, który pisała dla mnie. Przy przepisach są uwagi - np. ten torcik piekłam zawsze na Twoje urodziny, albo - przepis dostałam od cioci Benisi. Korzystam czasem z tego zeszytu i chętnie czytam go na nowo od początku do końca. Pomyślałam teraz, że pora upiec ten torcik na urodziny mojej wnuczce. Gorzej będzie z zostawieniem zeszytu z moimi przepisami. |
[ Poprzednia Strona / Previous Page ] [ Strona główna / Home page ]